Where basketball happens
Kategorie: Wszystkie | Bieganie | Koszykówka | Primera Division
RSS
niedziela, 28 listopada 2010
Hej kibicu, spójrz na Misia

Piotr Miś

I ligę koszykarzy warto oglądać choćby dla takich koszykarzy jak Piotr Miś. Środkowy SKK Siedlce w wyjazdowym meczu z Polonią 2011 rzucił 26 punktów, miał 16 zbiórek, a na jego grę naprawdę miło było popatrzeć.

Mimo 33 lat i miejscami mocno przerzedzonych włosów to nadal kawał gracza. Oczywiście, różnica pod względem cech fizycznych, doświadczenia pomiędzy Misiem a wysokimi Polonii 2011 była w sobotę spora, ale patrząc na to jak szło mu w poprzednich meczach - taki wyczyn nie jest niczym niecodziennym.

Rozmawiałem po meczu krótko z trenerem Polonii 2011 Arkadiuszem Miłoszewskim, który I ligę zna od podszewki i mówi, że Miś to najlepszy środkowy tych rozgrywek i spokojnie mógłby jeszcze grać w TBL. Obserwując grę Misia tylko mozna żałować, że nie gra w TBL. Pełen repertuar zagrań pod koszem, spryt, dobry półdystans - nawet w tzw. ekstraklasie takich zawodników z polskim paszportem wielu nie ma.

Miś ostatni raz w PLK grał w Polpaku w sezonie 2005/2006, w poprzednim sezonie wywalczył awans z Siarką Tarnobrzeg, ale trener/prezes Zbigniew Pyszniak stwierdził, że Miś mu nie jest potrzebny. Koszykarz w zeszłym sezonie miał 10 double-double i został wybrany do pierwszej piątki I ligi serwisu Polskikosz.pl, do słabych nie należy. Nie wiem, czy ktoś jeszcze chciał ściągnąć Misia, ale wygląda na to, że on poprostu dobrze czuje się w I lidze. Tu jest podstawowym zawodnikiem, wyżej mógłby grać ogony. Wielu zawodników często nie decyduje się na grę w klubie o klasę rozgrywkową wyżej, która często kończy się przesiadywaniem na ławce.

Miś w sen zimowy zapadać nie chce, w SKK Siedlce jest liderem. Zespół, który jest zlepkiem byłych koszykarzy z Piaseczna, Legii i innych okołowarszawskich tworów, bez Misia nie byłby w stanie w dość konkurencyjnej I lidze cokolwiek ugrać.

Miś w Siedlcach jest point centrem - takiej pozycji oczywiście nie ma, ale tak mi przyszło na myśl patrząc na jego grę. Pod koszem umie zrobić wiele (na I ligę wystarczyłoby połowę tego), do tego trafia z półdystansu i świetnie dyryguje swoimi partnerami. Często to on wybiera zagrywki, podpowiada kolegom jak mają się ustawić, pomaga młodszym zawodnikom - 21-letni Marcin Nędzi na lepszego nauczyciela patrząc na pierwszoligowe warunki trafić nie mógł.

A Misia po prostu fajnie się ogląda.

PS. Zdjęcie jest z meczu SKK ze Zniczem Basketem Pruszków autorstwa Pawła Pietranika. Więcej sportowych zdjęć na Pietranik.com.

czwartek, 25 listopada 2010
Wesołego Święta Dzękczynienia Eryku

Świetny filmik wyprodukował blog The Basketball Jones o sytuacji w Miami i Święcie Dziękczynienia. W rolach głównych Erik Spoelstra i Pat Riley, a także Stan Van Gundy. Have fun!

TBJ Dramatization: Pat Riley to Spoelstra — 'Happy' Thanksgiving from The Basketball Jones on Vimeo.

I teraz pytanie do Was. Kiedy Pat Riley zastąpi Erika Spoelstrę?

środa, 24 listopada 2010
Samokrytyka

Toronto Raptors

W jednym z pierwszych Magazynów NBA powiedziałem, że Raptors będą jedną z najnudniejszych drużyn i w ogóle nic ciekawego w Toronto się nie wydarzy.

Jeśli ktoś po emocjonującym meczu pokonuje Heat, nie może być nudny.

Jeśli ktoś wygrywa zaciętą końcówkę z Celtics, nie może być nudny.

No i jeszcze ten transfer z New Orleans Hornets - Jarrett Jack, David Andersen i Marcus Banks odeszli, a w ich miejsce 22-letni Jarryd Bayless oraz Peja Stojakovic. Ten pierwsz to fajna inwestycja na przyszłość, a największą atrakcją Serba nie jest wcale jego skuteczność zza łuku, ale wygasający kontrakt (czyli albo jakiś fajny transfer jeszcze w zimie lub czekamy do lata i walczymy o ciekawego free agenta).

Dlatego, jak się okazało bardzo się pomyliłem i dlatego składam oficjalną samokrytykę i oświadczam, że Raptors nie są najnudniejszą drużyną w lidze. Nie mogą być.

PS.

Samokrytykę miałem już złożyć w niedzielę, co obiecywałem jednemu z kibiców Toronto Raptors, ale tak się jakoś złożyło, że jest dziś. Ale jest.

sobota, 13 listopada 2010
O tabulkę i do kosza

W NBA nastała nowa moda. W zeszłym sezonie "popularne" były rzuty zza tablicy, teraz w dobrym tonie jest podać do samego siebie odbijając piłkę o tablicę i trafić/zapakować.

Zaczął Drew Gooden...

...potem pokazał to i owo Amare Soudemire...

...a wczoraj coś od siebie dał też Andre Miller.

Kto następny?

niedziela, 07 listopada 2010
557 dni Gortata

Marcin Gortat

557 - tyle dni minęło od ostatniego double-double Marcina Gortata w NBA (wliczyłem niedzielę 7 listopada, bo Magic nie grają meczu). Lub jak ktoś woli rok, sześć miesięcy i 9 dni. Liczę tylko mecze regular season i play-off. Sparingów nie biorę pod uwagę.

30 kwietnia 2009 roku w play-off w ostatnim, szóstym meczu pierwszej rundy z Philadelphia 76ers Polak rzucił 11 punktów i miał 15 zbiórek, Magic wygrali w Filadelfii 114:89 i awansowali dalej. (Relacja z meczu).

Od tamtej pory ani razu Polak nie miał dwucyfrowych wyników w dwóch  kategoriach statystycznych. Najbliżej był 12 kwietnia 2010 roku w meczu z Indianą Pacers, gdy zaliczył 9 zbiórek i 8 punktów.

W tym sezonie Gortat średnie statystyczne ma wyższe niż w poprzednich sezonach (tak, to były dopiero 4 mecze), gra więcej (przynajmniej na początku sezonu), ale okazje do double-double marnuje. W meczu ze słabymi Timberwolves zaliczył 12 punktów i "tylko" siedem zbiórek, choć rywale pudłowali niemiłosiernie (33% skuteczności z gry), a Gortat grał dłużej od Howarda.

Będę bacznie przyglądał się kolejnym występom Gortata w oczekiwaniu na jego szóste double-double. I odliczał skrupulatnie dni od filadelfiskiego meczu.

PS.

Może diabelska liczba 666 w czymś pomoże - tyle zbiórek Gortat ma w sumie w regular season we wszystkich czterech sezonach.

A tak Gortat zagrał z Wolves (video na YouTube wrzuciła Fundacja MG13):

 
1 , 2